Jednym z najbardziej kultowych motocykli na świecie jest największy Gold Wing produkowany przez Hondę już przez wiele lat. Projektanci czerpiąc z doświadczeń opartych na eksploatacji tego ogromnego motocykla, zaprojektowali `ucywilizowaną` wersję megaturystyka i zaprezentowali kiedyś PanEuropeana. Ten względnie mniejszy model Hondy rozrósł się obecnie do takich rozmiarów, że budzi nie mniejszy respekt niż jego większy brat. Tym motocyklem można już spokojnie przemierzać cały kontynent europejski bez większego zmęczenia, a nawet od czasu do czasu pojeździć ulicami miast. Pan Europa stała się tym samym chyba bardziej udanym motocyklem od Gold Winga, ponieważ łączy uniwersalność, wygodę, pełne wyposażenie i całkiem niezłe osiągi.
Taki właśnie motocykl otrzymałem od Hondy jako pierwszy do przetestowania z szerokiej gamy tego producenta. Bardzo krótko żałowałem, że nie udało mi się dorwać do CBRy, albo VFRy.
Człowiek do wygody łatwo się przyzwyczaja. Wieczorem w domu oświadczyłem, że jadę przetestować, pełne możliwości tego motocykla. `Dobrze` - usłyszałem w odpowiedzi. `Wrócę za trzy dni` - ja na to, choć wiedziałem, że takie stwierdzenie spotka się z oporem. Chyba jednak wyraz mojej twarzy mówił wystarczająco wiele i bez jakichkolwiek sprzeciwów dostałem trzy dni wolnego, oczywiście w postaci podróży służbowej. Zacząłem trasę od przygotowań, a mianowicie zszedłem na dół do garażu i odczepiłem od Europy dwa boczne kufry. Jak z walizeczkami wróciłem do domu i rozłożyłem je na podłodze.
Buty na zmianę, dżinsy, komplet bielizny, kosmetyczka, kondom przeciwdeszczowy, laptop, trzy t-shirty, jakiś prezent dla znajomego, ... Kufry miały wciąż mnóstwo luzów. Co jeszcze jedna osoba może potrzebować na trzydniową podróż? A może jakby co wziąć garniak? Niee, bez sensu. Paneuropean udowodnił, że jedna osoba spokojnie spakuje się do niego na tygodniową podróż, a dwie do tego potrzebują co najwyżej dodatkowego kufra centralnego. Podobną przestrzeń bagażową spotkałem do
tej pory tylko w największym obecnie skuterze - Suzuki Burgman 650. Następnego dnia rano, ubrałem się w kombinezon, do przednich schowków wrzuciłem mapę, portfel, komórkę i aparat, podniosłem elektrycznie szybę tak, aby pasowała do mojego słusznego wzrostu i odpaliłem cztery widlaste cylindry testowanego motocykla. Delikatne odpuszczenie sprzęgła i Paneuropa płynnie ruszyła do przodu. Żadnych szarpnięć, ani przegazowań. W końcu prawie 130 koni w silniku o pojemności prawie 1300 ccm robi swoje. Pierwsze kilometry przez miasto przeszły gładko. O ile nie manewruje się na parkingu, to ten niewątpliwie ciężki motocykl całkiem nieźle sobie radzi w mieście.
Starałem sobie w tym czasie przypomnieć jak to było jadąc bardzo konkurencyjną Yamahą FJR1300, którą na krótko dosiąść miałem kiedyś okazję.
Główna różnica polega na tym, że PanEuropean jest bardziej wygodny i stateczny, podczas gdy FJRa ma w sobie namiastkę dzikości sportowych motocykli. Na krótsze trasy, pewnie ta druga bardziej by mi odpowiadała, ale pod koniec trzydniowej trasy w czasie której zrobiłem prawie 1200 km bardzo doceniłem zalety Hondy, czy może bardzo doceniła to pewna część mojego ciała.
Ale wróćmy do tego, jaka jest Honda Paneuropean. Ten kosztujący ponad 70 000 zł motocykl to przysłowiowy Mercedes wśród motocykli. Długi i wygodny fotel, oraz umiejscowienie kierownicy pozwala na wygodną pozycję w czasie jazdy. Do tego doskonała aerodynamika sprawia, że wiatr, deszcz i kałuże nie są nam straszne. Chwila obycia z motocyklem i jazda, ...
strona 1/3
